Streścić półtora roku wartkimi wersami, co zawojują świat? Spróbuję. Ale nie ma opcji. Będzie nudno i zachowawczo z nutą tłumaczenia się.
Moja obsesja na punkcie rozwoju, nadal z doskoku pielęgnowana, niestety uklęknęła w bardzo przyziemny sposób przed czymś, co zwą zmęczeniem. Brak snu i problemy z nim, kiedy już się pojawi to niepozorna i zazwyczaj zamiatana pod dywan kwestia braku czasu na siebie. Dawanie z siebie wszystkiego, z jednoczesnym poczuciem, że robi się to dla siebie, w końcu owocuje uzależnieniem od perfekcji i rzetelności, a jej jakość w miarę utraty sił staje się niestety przeciętna. Przeciętność to coś, co mnie irytuje. To stan, kiedy wiem, że mogę, ale nie czuję potrzeby, jeśli nie dążę do jakiegoś wyjątkowego dla mnie celu.
Cele typu 'wiedzieć więcej', 'umieć więcej', 'być lepszym' lub chociaż 'być dobry i profesjonalnym' oddaliły się ode mnie, kiedy pierwszy raz zauważyłam, że nie mogę się wypionizować i coś się dzieje z moim zwykle twardym kręgosłupem. Standardowe i ludzkie - niedowierzanie, zaprzeczenie, próba ignorowania objawów, zagryzanie zębów, w końcu lekarz, czas bezproduktywnego czekania na stabilizację, rehabilitacja, bardzo zresztą cenna i motywująca i w efekcie zwichnięta świadomość własnego ciała, na którym już nie można polegać. Nie, nie, jasne, że od razu po wszystkim się nie rezygnuje. Ćwiczenia, siłownia, dbanie o zdrowie, to wszystko ma swój czas i miejsce. System kruszy się, kiedy mimo tego wszystkiego ból znowu wraca i znów trzeba odłożyć normalne funkcjonowanie na bok, a siebie potraktować ulgowo.
Nienawidzę traktować się ulgowo i nienawidzę, kiedy jestem niesamodzielna. To strasznie wkurza, a mój nerw ma długą smycz. Właściwie to nie smycz, tylko elastyczny, samosterowalny wysięgnik teleskopowy, na którego obsłudze się nie znam. Zatem zasięg rażenia wściekłością potężny.
Głowa nie odpoczywa. Funkcjonowanie ze zmęczeniem, zaniedbaniem zdrowia, wiecznym wku*wem, jedzeniem śniadań dopiero po zrobieniu najważniejszych rzeczy od rana i działanie mimo sygnałów wyczerpania baterii daje określone konsekwencje. Odporność siada i rzucają się na człowieka wygłodniałe hordy dolegliwości, pasożytów, wirusów, stanów zapalnych, niewyjaśnionych gorączek i paranoidalnych bóli wewnętrznej warstwy skóry, okraszonych brakiem energii ponad skalę. I tylko dlatego, coby cynizmu upartego osła nie zabrakło, że padłam i zostałam zmuszona do kilkudniowego odpoczynku, piszę tę notkę.
27 rok się zaraz skończy, mam poczucie, że za mało zrobiłam przez te dwa lata. Plany, zapędy, chęci - brak im toru, po którym miały się ślizgać w zabójczym tempie. Utknęłam gdzieś na wysokości dysków miękkich kręgosłupa i nie mogę ich wepchnąć na miejsce, żeby ruszyć dalej.
Ku przestrodze, bo przecież wystarczy o siebie zadbać. To takie proste i łatwe i właśnie dlatego większość ludzi, ze mną łącznie, tego nie robi.
Ostatni dzień zwolnienia, słonko wyszło, jakby czuło, że już nie mogę dłużej siedzieć na zadzie. Choć to były cztery dni, to najdłuższe w ostatnich miesiącach. Odpoczywanie jest męczące, kiedy wymuszone stanem ciała. Jedyna dobra rzecz, jaka z tego wynika, to to, że organizm stara się jak najszybciej wrócić do normy, żeby wreszcie się z tego wyrwać. A od jutra analizy, degustacje, roślinki!
W myśl zasady, co nie zabije, to wzmocni.
Może to początek powrotu.
Może kontynuacja niedługo.
KASIcka
czwartek, 23 listopada 2017
środa, 1 czerwca 2016
Europa na widelcu, Wrocław w kieliszku
![]() |
| fot. K. Kasicka |
Choć dzień do
najbardziej orzeźwiających nie należy, co da się na pewno odczuć w całej
pięknej Polszcze, nad którą od jakiegoś czasu pastwią się skrajne fronty, to
pozytyw można wciągnąć nosem przy głębszym zastanowieniu. Bo raz na jakiś czas
zdarza mi się myśleć globalnie. Szczególnie w kwestii ludzi. Ludzie to
generalnie zjawisko globalne, chyba...
![]() |
| fot. K. Kasicka |
Wrocław zaaplikował
dziś (to akurat lokalnie) hojną dawkę
czułej duszności, którą oplatał każdego z osobna tak szczelnie, jak tylko mogły
przylegać ciuchy do człowieka przy burzowej pogodzie. Osobliwe welcome. Natomiast
globalizacja, ta dobra, rześka, przenikliwa i lekka, niczym podmuch chłodnego
powietrza przyniosła ulgę w postaci niewielu, acz zdecydowanie intensywnych
jednostek ludzkich. Oczywiście, że mówię pokrętnie i chaotycznie o winie.
Wrocławianie, tak nienachalni i jednocześnie absorbujący, tak zwyczajnie przystępni i dziecięco dziś
szczerzy zaprezentowali globals pierwszej klasy w kwestii znajomości wina. Choć
syndrom środyka tygodnia w południe zdecydowanie był dziś widoczny (czytaj: frekwencja) na Rynku i w
całej Europie na widelcu, to winiarsko uduchowieni nas znaleźli i nie pozwolili
umrzeć w duchotach. Konstruktywne dyskusje wprowadzają w pewną
ekscytację, która do końca dnia potrafi się utrzymywać, jak aromat w kieliszku
po dobrym winie. To już nawet nie chodzi o to, że serwowany przez nas trunek
został mile doceniony (choć nie pozostaje to bez znaczenia dla wspomnianego
aromatu w kieliszku), ale o tę piękną świadomość wina i jego zrozumienie.
Niewyuzdany,
elegancki i niezblazowany niczym Wrocław nie udaje, nie gra pozorami i nie
używa wysublimowanych terminów, bo tak fajnie.
Pokazuje, że prawdziwa kultura wina kiełkuje, trafia do ludzi, jest
interesująca i stanowi niezawodną drogę do komunikacji, niezależnie od poziomu
zaawansowania.
Wino rozwiązuje
języki, zarówno te zwykle milczące, ujawniające szczerość w 13%, jak i te z
wieży Babel.
![]() |
| fot. K. Kasicka A jak cię wieża przerośnie, to możesz sobie usiąść. |
W mojej krótkiej historii nauki niemieckiego dziś po raz pierwszy
wyrzuciłam z siebie bez zastanowienia (tak, kłamię - zmóżdżałam się, jak sto
pięćdziesiąt nad każdym jednym rodzajnikiem) taką ilość zdań w języku sąsiada i
uwaga - zostałam zrozumiana. Babel przechytrzony. Mamy wytrych! Sami nam go żeście przeistoczyli z wody!
KASIcka
sobota, 28 maja 2016
tylko dla sentymentalnych
Po śmierci
babci następuje ten dziwny, trochę
nierzeczywisty i odsuwany moment, kiedy musisz
wyprowadzić siebie i ją z jej domu. Nie masz pojęcia, jak to zrobić.
Karton i hajda z koksem nie daje 100 % skuteczności.
Owszem - albumy,
kolorowe kieliszki z ciętego szkła, firany, książki, książeczki do mierzenia
ciśnienia, chomikowane od nastu lat
totolotki, ulubione szklaneczki i nożyki do obierania jabłek, serwety ręcznie
robione, szminki i stary jak świat zestaw do zakręcania włosów, wszystkie twoje
paskudztwa z plasteliny, najpiękniejsze dla niej na świecie, bateria leków,
które - jak to babcie - kochała brać, domowe wino, bombki świąteczne i juka -
to wszystko możesz zgarnąć i wyciąć z pustego-pełnego mieszkania.
Pełność możesz
zlikwidować, pustki nie dasz rady.
Nie możesz spakować
i wynieść opowieści o dziadku nad rozpadającym się albumem i dyskusji na temat
szybkości upijania się z ciętego szkła. Nie zapomnisz corocznego
podekscytowania generalnymi porządkami i
wieszaniem na niewdzięcznym stelażu firan i zasłon czy zdziwienia na widok
ruskiego słownika sprzed 60 lat. Zostanie też celebra ciśnieniomierza i
wypowiadanego od zawsze zdania "aaaa, kręci mi się we łbie" oraz 30
lat konsekwencji gry w lotto i dźwięku zwolnienia blokady. Nie odepchniesz od siebie wizji śmiesznego szpurtu, jakiego dostawała na
pstryknięcie wody (trzeba zalać siemię!). Nie upchniesz nigdzie smaku obranego
jabłka, pokrojonego w kostkę, takiego, jak byś nigdy sobie sam nie przygotował,
bo by ci się nie chciało obierać. Ani poczucia winy, kiedy zachlapało się obrus
genialnym rosołem nie do powtórzenia. Albo kontrastu czerwieni na
pomarszczonych ustach. Nie oderwiesz od całości rytuału siatki na włosy i braku
zrozumienia dla spania na wałkach, a już na pewno radości, że podoba się niekształtna bryła z
nietoksycznej plasteliny z oczami, docelowo mająca być zajączkiem wielkanocnym.
Nie poskładasz, jak ubrań nerwów, że znowu bierze za dużo tabletek i wcale cię
nie słucha, smaku ulepiającego
cza-cze-porz, ubierania choinki w historyczne ozdoby i próby ubrania w
te ozdoby dwumetrowej juki.
Nie ma szans.
Kiedy już zamknęłam
pudła z nią, znalazłam jeszcze siebie. Klocki pochłonęły mnie na długi czas.
Zestaw nie do końca pasujących do siebie elementów, wymagający manualnej
zdolności, o poziomie trudności, jaki wydawał mi się kiedyś nie do przejścia,
dziś przeskoczony. Ot tak. Jakby dopiero teraz nadszedł moment na zamknięcie
pewnego etapu, przypieczętowanego złożeniem trójwymiarowej konstrukcji. Coś jak
dzieło życia. Sentyment.
Bajki w
rozpadających się książkach uświadomiły mi, jak wiele morałów dotarło do mnie
jeszcze w dzieciństwie. Kiedy się zastanowię, to widzę, że nie pozwalam
zdmuchnąć wilkom żadnego słomianego domku, bo od początku muruję swoją
przyszłość . Choć wiem, że mrówka osła nie uniesie, to wierzę w wyspy
Bergamuta, żeby nie popaść w marazm rzeczywistego i do granic suchego świata. I
nie kłamię jak Pinokio, licząc na sprawiedliwe rozliczenie od wróżki. Mam
jeszcze trochę naiwności kruka i wypuszczam czasem z dzioba ser, zachłystując
się winem, ale cwaniactwa lisa nigdy się nie dorobię.
I jak odważny
Czerwony Kapturek chciałabym po prostu wydobyć babcię z brzucha wilka i żyć
długo i szczęśliwie.
Sentymenty.
Choć ledwo się
mieścisz w pokoju z teraźniejszością, to i tak znajdziesz miejsce na dodatkowy
kufer sentymentu.
A mimo kufra dalej
będzie pusto.
KASIcka
sobota, 26 marca 2016
co? - jajco!
Święta
to w sumie taki obowiązek. Stają się nim, kiedy magia, tajemnica i farby do
jajek się kończą, a zaczyna się myślenie o tym wszystkim, co za sobą te święta
niosą. Pomijając, że mała grupa katolików w Polsce tak naprawdę zdaje sobie
sprawę z wagi zmartwychwstania ich Zbawiciela. Bo kontekst religijny już dawno
przestał być na pierwszym planie "wolnego w kalendarzu".
Tacy jak ja, którzy nie mają religii, a w zamian preferują wyolbrzymienie wartości bardziej
przyziemnych, jak rodzina, bliskość i zrozumienie mają trochę pod górkę. Dwa dni,
krótkiego siedzenia przy stole, niby nic. A jednak. Bo puste miejsca zieją
dziurami, jakich żadna religia nie wypełni. Zasychające łzy na skórze zawsze
szczypią w święta bardziej, jakby je ktoś posypał solą ze święconki. Czas
jajka, jako odrodzenia i życia, zmartwychwstania, odnowy, ostatecznie wesela i
radości.
Tylko,
że ci, których akurat potrzebujemy nie zmartwychwstają. I choć tak bardzo
chciałabym zobaczyć coś wiosennego i motywującego w tym krótkim czasie
pojednania, to na razie chyba skupię się tylko na tym, żeby jajka pomalować
razem, a w poniedziałek lać wodę, nie łzy. Woda nie szczypie.
(Chyba,
że święcona!)
A teraz życzenia:
(uwaga, przemycam moralizator)
Życzę wszystkim, żebyśmy mieli dokąd wracać. Żeby zawsze był gdzieś ktoś, kto nas czasem strasznie wkurza swoim nadmiarem troski, ale żyć bez niego nie możemy. Żeby szacunek dla rodziców wynikał zawsze z ich sposobu na nasze wychowanie i wartości, jakie nam przekazują i był bezgraniczny. Żebyśmy mogli zadbać o nich tak, jak oni o nas i żeby im nigdy nic nie brakło do szczęścia.
Żebyśmy umieli doceniać siebie i innych i przyznawać się do błędów. I abyśmy traktowali pokorę, jako jeden ze sprzętów codziennego użytku. Żebyśmy nigdy nie przestawali się uczyć i rozwijać i żeby niczego w życiu nie trzeba było żałować.
No dobra, i mokrego dyngusa też.
KASIcka
Katharsis przedświąteczne. Ba, no... Kiedyś trzeba.
Niepojęte, ile po
człowieku zostaje. Z jednej strony tak wiele, że nie wiadomo, od czego zacząć.
Z drugiej jednak tak mało, że rozpamiętuje się każdy drobiazg, jak wielki
skarb.
Dwie koszule nocne,
wciąż przesiąknięte zapachem szpitala i wilgocią choroby. Siedzisz z nimi 20
minut na ścierpniętych kolanach z postanowieniem, że nigdy nie wypierzesz. 12
godzin wcześniej pomagasz jedną z nich założyć na słabe ramiona. To tylko 12 godzin,
ile niby mogło się stać przez tak śmiesznie
krótki czas?
Poduszka z poszewką.
Świetnie, że jest poduszka, pod choinką leży prezent - nowa dekoracyjna
poszewka w komplecie z obrusem, będzie pasować. Następuje chwila bezsensownego
przymierzania poszwy. Nie będzie. Już nic nie będzie pasować. Nigdy nie dane
prezenty, tak spersonalizowane, że ma się je ochotę zakopać w walizce obok,
żeby nie trzeba było na nie patrzeć i zastanawiać się, co z nimi zrobić.
Szczoteczka do
zębów, które nie chciały się zmieścić do ust. Po co myć zęby, kiedy pod koniec
nie możesz nic nimi pogryź? Albo, co gorsza, nie chcesz. Albo już nie
rozumiesz, że możesz...
Błyskawiczne
pożegnanie, tuż przed pierwszą gwiazdką. Tępe trzymanie się kupy. Nawet nie
pamiętasz, czy kroiliście jakąś sałatkę. Sprzątanie, jako jedyny sposób na
praktyczne wykorzystanie złości. Bo w końcu i ta się zjawia. Fizycznie
absolutnie wszystko rozumiesz. Stary organizm, z kiepską odpornością, po dwóch
tygodniach walki z nagłą chorobą, to przecież tak znany scenariusz. Chyba jakaś
sałatka była na stole… Człowiek w pewnym wieku gaśnie i chociaż nie chcesz tego
widzieć, rejestrujesz. I odpychasz od siebie wnioski. Bardzo skutecznie. Głowa
nie chce zrozumieć. I nie pamięta, jak to było z tą sałatką.
Oglądasz żywe
zdjęcia, a i tak śni ci się martwa. Palisz świeczki, chociaż kościelne
gromnice cię nie przekonują. Słyszysz
żwawy głosik w połączeniu z szuraniem kapci po dywanie "wstawaj, już
dziesiąta" i widzisz zagubiony wzrok ostatnich dni. Nie skleja ci się.
Tułasz się sztywno
po rzeczywistości przez trzy miesiące, bo przecież nie można usiąść i płakać,
to takie nierozsądne. Niby życie dalej sobie, słońce wschodzi, wiosna się
budzi, ludzie nadal oddychają płucami.
Czyjś/niczyj dom po
kilkunastu tygodniach, rzeczy zostawione, jak akurat były. Szukasz rozpaczliwie
czegoś, co ma magiczną moc rekonstrukcji ludzkiego ciała i zatrzymania na
dłużej tego wszystkiego. Nie ma nic takiego, więc pakujesz serwis i kilka
starych książek. I starą kasetkę na biżuterię. Toaletka z perfumami i szminkami
stoi, jakby codziennie używana. Niby trzeba to wszystko posprzątać, ale jakoś
obchodzisz szerokim łukiem i zajmujesz się zdjęciami. Jeszcze gorzej, ale
przynajmniej możesz się pośmiać z tego, jakim brzydkim dzieckiem byłeś, a
dziadkowie i tak wpatrywali się w ciebie jak w obrazek. I ten obrazek sobie
zapamiętujesz.
Żałoba nigdy się nie
kończy. Właściwie nosisz ją w sobie do końca życia, kiedy to ktoś inny przejmie
wszystkie twoje smutki w spadku i założy
nowy rozdział żałoby. Po tobie. Ale
zanim, żałoby nie wolno utożsamiać z życiem. Będą się przeplatać, przenikać,
krzyżować, życie wyciągnie wnioski z żałoby i nauczy się szanować jeszcze
bardziej to, co mamy, a żałoba któregoś dnia będzie musiała się posunąć i
ustąpić miejsca nowemu staremu życiu. Gdyby ewolucja chciała, żebyśmy wyginęli,
już dawno zaprogramowałaby śmierć z żalu. Ale nie, ona nadal przy swoim -
przeżycie gatunku jako najważniejsza rola istot żywych.
Kolejne święta, które nie ułatwiają. Ale co nas nie zabije, to przynajmniej mocno zirytuje. Odczuwanie irytacji to niezawodny znak, że nam jednak nie jest wszystko jedno.
K.
sobota, 14 listopada 2015
Je suis un homme
Najbardziej smutną rzeczą jest to, że gdzieś w cywilizowanym nowoczesnym świecie jest skupisko ludzi, którzy interpretują boga krwią. Że wojna o religię nie kończy się na wielkim dżihadzie, tylko umniejsza się do walki zbrojnej.
Najbardziej przerażające jest to, że ci uzbrojeni w niewykrywalne ładunki, świetnie wyszkoleni i przystosowani do życia między nami ludzie dożywają 30-stu lat w przeświadczeniu, że muszą wysadzić się w powietrze. Jadą z nami metrem co rano, a w smartfonie zapisują wymiary wagonu i średnie zaludnienie, w głowie mając zakres wiedzy z fizyki, chemii i socjologii, jakiego nie powstydziłby się najardziej oświecony Europejczyk.
Najbardziej niepokojące to, że może po śmierci okaże się, że to ten zły bóg garstki fanatyków jest tym rządzącym i bez krwi na rękach będziemy się smażyć w piekle, jako niewierni.
Najbardziej mylące - że cywilizowany (na pewno?) świat nie widzi różnicy między terrorystą a innym "szmatogłowym". To nie uchodźcy bez butów na zimę i miejsca w noclegowni atakują w super zorganizowanych zamachach, tylko zadomowieni w europejskich społeczeństwach od dawna fanatycy. Gdyby cywilizowany świat nie był zbiorowym ignorantem, może doczytałby, że Islam w normalnym wydaniu nie zakłada mordowania ludności mocarstw gospodarczych głośno krytykujących kraje islamskie, ich religię, politykę, system prawny i moralny oraz złe wykorzystanie surowców naturalnych.
Bo właściwie, czy w tym wszystkim naprawdę chodzi o religię...?
K.
czwartek, 8 października 2015
Że historia kołem, to wiadomo...
| fot.: Katarzyna Kasicka |
Natura za to
kwadratem. Cztery pory roku, jak te kąty - każda ciągnie w swoją stronę. W tym
roku trochę jakby mniej prężnie. Niby intensywnie, ale jakoś tak płynnie i
prędko. Jedyne, co się nie zmienia, choć trochę naciąga terminy to rośliny.
Troszkę spóźnione, lekko wystraszone upałami, ale jednak silne i płodne, jak na
winną latorośl przystało.
Po zimie pocięte i
kłujące badyle z zostawionymi oczkami na owocowanie. Zawsze napawają mnie
niepokojem, że coś się skończyło i już nie wróci.
Wiosną wraca.
Malutkie wełniste pączki są jak to słońce i jak burza razem wzięte. Dzieje się!
Potem trzy liście, świeża, soczysta wiosenna zieleń dające energię do pracy.
Latem pełnia.
Przepychamy się z nimi w drutach, podnosimy z alejek, bo się plączą, ciachamy
bezlitośnie, a one i tak się nie dają i zaczynają kwitnąć. Kołpaczki, pręciki i
inne takie. Zawiązki owoców.
Jesienią przychodzi
czas zbiorów, już wszyscy przywykli do widoku owoców, a może raczej się oswoili
z tym nowym bytem, który dopiero rozpoczyna swoją drogę ku wielkości i chwale.
A potem umierają.
Przygnębiający i jednocześnie najpiękniejszy czas na winnicy. Zapomnianej i
nieodwiedzanej. Złotej, czerwonej, żółtej i zielonej. Pustej, starej, gasnącej
i czekającej znów na cięcie zimowe i niepokój, że już nie wróci.
Wiosną wraca.
Z rośliną łatwiej
się porozumieć, niż z człowiekiem. Łatwiej zrozumieć, czego jej potrzeba.
Czasem wystarczy przejść wzdłuż rzędu i podnieść młode pędy na ostatni drut,
dać im szansę owinięcia wąsów wokół zimnej linii wyznaczającej koniec ich
perspektyw. One wtedy już wiedzą, że to ich punkt docelowy. Na drugi dzień już
nie wychylają się w kierunku ziemi, ani nie pną wyżej, tylko zwyczajnie, powoli
obierają drogę po drucie. Jakby były świadome, że tylko tym sposobem mogą
rosnąć dalej bez konieczności przycięcia skrzydeł.
Rośliny podobno nie
okazują emocji i nie rozumieją miłości, ale i tak gadam do nich jak potłuczona.
Czasem faktycznie nie chcą słuchać. Milczą.
I jest to ten
fantastyczny sposób uporczywego milczenia, który nie oznacza zgody.
Bo nie na wszystko w
życiu trzeba się zgadzać.
KASIcka
Subskrybuj:
Posty (Atom)


